Przez Biskaje i Morze Śródziemne
Do portu przyjeżdżamy w czwartek nad ranem. Po dwóch dobach podróży samochodem wszyscy są padnięci. Wrzucamy nasze rzeczy na jacht (katamaran Lagoon 380 – prosto z farbyki) i idziemy spać. Po kilku godzinach (mniej więcej koło południa) po kolei przebudzają się wszyscy członkowie załogi. Po przebudzeniu się pierwsze swoje kroki kieruję do kapitanatu portu, gdzie z wielką niecierpliwością sprawdzam prognozę pogody i .... dostaję kod dostępu do toalet.
Prognoza pogody zawsze ma podstawowe znaczenie, ale zwłaszcza teraz, w lutym, kiedy statystycznie sztormy są wręcz pewne...
Jesteśmy w Les Sables nad Zatoką Biskajską. Trasa naszego rejsu ma przebiegać przez Zatokę Biskajską, wokół Półwyspu Iberyjskiego, przez całą zachodnią część Morza Śródziemnego, Morze Jońskie i Adriatyk. Naszym celem jest Chorwacja.
Prognoza mówi, że wiatr jest odpowiedni: N i NW 4-5 w skali Beauforta. I tak przez dwa dni do soboty. Rozsądek podpowiada, żeby zrobić wszystko, aby wyjść natychmiast i skorzystać z tak dogodnych (czytaj: unikalnych) warunków.
Problem polega na tym, że potrzebujemy parę godzin na przygotowanie jachtu i zakupy i nie ma szans, abyśmy się obrobili przed piątkiem. A jeżeli chodzi o piątek, to według przesądu.... rejsu w piątek zaczynać nie należy. Może się starzeję, ale coraz bardziej ulegam przesądom. Podejmuję decyzję – gotowość do wypłynięcia 0400 w sobotę. W piątek wieczorem okazuje się, że jednemu z załogantów wypadła plomba. Mając na uwadze nasz plan: zamierzamy pokonać trasę rejsu tylko z jednym postojem w porcie w okolicach Gibraltaru, decyduję o konieczności wizyty u dentysty. Wszystko gotowe do wypłynięcia, czekamy na załoganta z nową plombą. Wraca po dwóch godzinach. Możemy wypłynąć, jest 11.30.
Ostatnia prognoza pogody mówi, że jeszcze dzisiaj wiatr będzie przychylny 4-5 NW. Natomiast jutro może się nasilać i przechodzić na W. Jesteśmy ograniczeni czasem i nie możemy pozwolić sobie na luksus czekania na kolejny idealny układ kierunków wiatru. Wychodzimy w morze. Zatoka Biskajska wita nas szarym niebem, mżawką i półtorametrowymi falami. Wiatr jest zachodni i nie możemy iść dobrym kursem. Zapowiada się halsówka.
Po kilku godzinach halsowania wiatr przechodzi na NW i możemy płynąć zadawalającym kursem 225 w stronę południowej części zatoki.
Nieprzyjemna fala podcinana prądem pływowym, chłodne powietrze i deszcz powodują, że już w pierwszych godzinach rejsu kilka osób oddaje pokłon Neptunowi i nie radzi sobie z pracą na pokładzie.
Nad ranem odbieramy prognozę pogody nadawaną przez BBC4. Na naszym obszarze ma się rozwiewać. Po kilkunastu godzinach prognoza pogody zapowiada 8 stopni B. Informacja ta zastaje nas w odległości mniej więcej 160 mil morskich od hiszpańskiego brzegu. Nasz „turystyczny” katamaran ma duży kąt martwy. Aby zyskać pole manewru, podejmuję decyzję o zwrocie. Płyniemy na środek zatoki. W ten sposób zyskamy dodatkową przestrzeń gdyby silny wiatr sztormowy miał nas dryfować na brzeg wewnątrz zatoki. Z godziny na godzinę siła wiatru rośnie. Fale również stają się większe. W momencie gdy wieje regularne 8B kolejni członkowie załogi z trudem radzą sobie ze sterowaniem.... Wiatr się nasila, mamy coraz większy dryf. Po kilkunastu godzinach płynięcia na północ osiągamy granicę bezpiecznej strefy, jaką sobie wyznaczyłem. Robimy zwrot i po kolejnych kilkunastu godzinach jesteśmy w punkcie wyjścia. Jest to irytujące, ale na pewno bezpieczne.
Jedyną osobą, która cieszy się z panujących warunków jest Marek. Marek nigdy wcześniej nie był na morzu a jest wielkim fanem sportów ekstremalnych.
Wiatr cały czas się nasila. 9B. Fale stają się coraz większe. 4-5 metrów to norma. Co jakiś czas zdarzają się większe „dziady”. Sterowanie wymaga wiele uwagi. Niestety nie wszystkie fale udaje się zgrabnie „połknąć”.
Prawdziwy problem to nadchodząca noc. Jest nów – księżyc jest niewidoczny, niebo jest całkowicie zasnute chmurami. W nocy trudno będzie „ujeżdżać” rozwścieczone fale. Mam nadzieję, że sternicy w wystarczającym stopniu zapoznają się z ich charakterystyką w ciągu dnia..... Niepokojące jest to, że ci którzy się jeszcze trzymają są coraz bardziej zmęczeni. Fale rzucające jachtem nie pozwalają na wypoczynek i przyjmowanie wystarczającej ilości pokarmu i płynów. Dwóch załogantów „zaległo” całkowicie. Nie dają rady pić wody od kilku godzin... Może to być bardzo poważny problem....
Coraz częściej słyszę obawy o los naszego jachtu i całej załogi.... Sytuacja wokół nas nie wygląda zachęcająco. Swoim uśmiechem, spokojem i dowcipami staram się uspokajać sytuację.
Mój uśmiech na twarzy i żartobliwe teksty mają ograniczony skutek. Odbieram kolejne prognozy pogody. Nie wygląda to dobrze: na naszym obszarze i dookoła nas zapowiadane są sztormy 9-10 B. Tą wiadomość zachowuję dla siebie, obiecując załodze, że sztorm się na pewno wkrótce skończy. Tym czasem mija kolejny dzień. W nocy wiatr się jeszcze nasila. W pewnym momencie przez kilka godzin wieje 10B. W niektórych momentach, gdy pada deszcz trudno znaleźć różnicę między morzem a powietrzem. Panuje czarna noc... Gdy zacina deszcz nie widać nawet świateł na dziobie jachtu. Na szczęście jesteśmy z dala od tras uczęszczanych przez statki handlowe...
W trakcie zmiany za sterem jeden z załogantów zostaje podcięty przez fale i przewraca się rozdzierając szprycbudę. Od tego momentu sterowanie będzie naprawdę nieprzyjemne. Fale rosną coraz bardziej – osiem metrów staje się standardem. Fale są bardzo długie (na oko 150 m) i nie ma zagrożenia, że będą się załamywały... strach pomyśleć co by się działo, gdyby nas zdryfowało bliżej brzegu....
Mija kolejny dzień.... Coraz większe zmęczenie... Pojawiło się trochę słońca. To znaczy, ze front przeszedł. Popołudniu wstaje jeden z załogantów, który nie miał siły podnieść się od ponad 20 godzin. Mówi, że ma dosyć i życzy sobie, aby go wysadzić.... Przyjmuję do wiadomości jego prośbę i staram się go uspokoić... nic więcej nie mogę zrobić.
Kolejnej nocy odbieram komunikat z pogodą. Ma się uspokajać. Informuję o tym wszystkie wachty. Nie wszyscy mają siłę się uśmiechnąć ale zdecydowanie widać poprawę nastrojów. Następnego dnia nad ranem rzeczywiście zaczyna się uspokajać. Słońce i słabszy wiatr (7B) oraz przyzwyczajenie do wysokich fal powodują, że powoli wszyscy odzyskują siły i apetyty.
Dopiero teraz możemy poznać kunszt naszego kuka, Arka, który zgodził się objąć taką funkcję, tuż przed rejsem.
Kontynuujemy nasz rejs mając świadomość, że przeszliśmy chyba najgorszy odcinek naszej podróży. Jak się później okazało wichura na Biskajach wcale nie była najgorszym momentem naszej podroży. Gorsze warunki mieliśmy przeżyć na Morzu Śródziemnym.
W tym miejscu powinienem powiedzieć, że silny wiatr na Śródziemnym dostaliśmy na zamówienie... otóż zanim zaczęło wiać z „właściwego kierunku” (czyli innego niż od dziobu), od Gibraltaru przez całe Alboran i Palos mieliśmy wiatr w twarz lub nie mieliśmy go w ogóle. Prognozy w ogóle się nie zgadzały z tym, co działo się u nas. W związku z tym, albo halsowaliśmy się od Algierii do Hiszpanii albo bujaliśmy się na silniku.
Kolejnego dnia halsowania, po obiedzie, w akcie desperacji wyciągnąłem najlepsze wino jakie miałem (oczywiście „bezalkoholowe”) i wypiłem je na dwa łyki z Neptunem. Po takim deserze poszedłem się zdrzemnąć. Kiedy wstałem pojawił się wiatr i o dziwo z dobrego kierunku. Kierunek dobry ale niczego dobrego nie wróży, tak jak i cirrusy. Żółto-szary zachód słońca upewnił mnie w przekonaniu, że będzie „trochę” wiało....
7 metrowe fale, temperatury w okolicach 5-6 stopni Celsjusza, gradobicie przy sile wiatru 9-10 B. Różnica polegała na tym, że w tym drugim sztormie płynęliśmy z falą. Płynąc z falą, płynęliśmy prawie bez żagli, a prędkości nie spadały poniżej 10w. W pewnym momencie wysiadły przyrządy wskazujące siłę i kierunek wiatru. Słony pył w powietrzu, smugi piany morskiej na powierzchni morza i wycie wiatru sugerowały, że wieje jakaś dziesiątka. Fale, które nadchodziły z W i miały kilkaset mil na to, aby nabrać wysokości, co jakiś czas unosiły nas w powietrze i gnaliśmy na ich grzbietach z prędkością dochodzącą do 20 w. Na kilka sekund jacht wpadał w rezonans i ujeżdżaniu fal towarzyszył przeraźliwy hałas. Gdyby nie to, że nasz jacht był nowy i miał nowoczesną konstrukcję, należałoby w tym momencie holować za rufą cumy, aby trochę zwolnić..... Był to już prawie 20 dzień rejsu. Załoga była zaprawiona w bojach: przyzwyczajona do bujania, zimna, wysokich fal, dużego ruchu na morzu... Ale nigdy nie można tracić czujności. Zwłaszcza na morzu...
W pewnym momencie w trakcie zmiany za sterem, jeden z załogantów stracił równowagę i przewrócił się pociągając za sobą zmiennika. Przez bardzo krótką chwilę jacht był bez sternika... wystarczyło to, aby paskudna fala postawiła nas bokiem. Był to moment, którego chyba nikt z załogi nie zapomniał do końca rejsu. Katamaran stanął bokiem do fali pod kątem co najmniej 50%. Wszystkie nie przyśrubowane lub nie przywiązane rzeczy, łącznie z obiadem, znalazły się na jednej burcie. Po tym zajściu wprowadziłem obowiązek wzmożonej obserwacji fal nadchodzących z tyłu. Jestem pewien, że do końca tego sztormu wszyscy podporządkowali się mojemu „zaleceniu”.... Dodatkowym problemem było to, że w zastraszającym tempie zbliżaliśmy się do cieśniny Sycylijskiej, gdzie głębokość spada z trzech tysięcy do kilkudziesięciu metrów. Przy tak wysokiej fali, wpłynięcie na takie wypłycenie mogłoby okazać się tragiczne. Fale stałyby się krótsze ale dużo bardziej strome i niebezpieczne... Odległość do wypłycenia malała. Mieliśmy problem z odbieraniem prognoz niemieckich i włoskich. Wyjścia były dwa: albo ostrzymy i sztormujemy na wiatr, czekając aż osłabnie albo odbijamy za Sardynię i tam chowamy się przed nim.
W momencie, gdy byliśmy już bardzo blisko wspomnianego wypłycenia, wiatr zaczął zdecydowanie słabnąć. Zacząłem rozważać trzecią opcję: kontynuowanie kursu na południe od Sycylii. Zostało nam jeszcze kilkadziesiąt mil, tak wiec fale powinny się zdecydowanie zmniejszyć zanim dotrzemy do miejsca, gdzie głębokości będą niebezpiecznie mniejsze.
Morze uczy szacunku. Po sztormie w Zatoce Biskajskiej wydawało się, że już nic gorszego nas nie spotka, bo Morze Śródziemne wszystkim kojarzy się z wakacjami i ewentualnie z letnimi burzami, gdzie pada przyjemny ciepły deszczyk.
Mijając Maltę odbieraliśmy komunikat o poszukiwaniu ciał marynarzy statku, który zaginął bez śladu kilka dni wcześniej. Wpływaliśmy na Morze Jońskie. Komunikaty pogodowe podawały ostrzeżenia o silnym wietrze. Miał wiać wiatr północny o nazwie Gregale. Załoga była zaprawiona w bojach i gotowa na kolejne wyzwania, ale na szczęście trzeci sztorm nie nadszedł. Warunki jednak nie były idealne: przez kolejny tydzień, w ciągu którego dopłynęliśmy do Chorwacji, wiatr wiał w twarz lub nie wiał w ogóle. W pewnym momencie zrobiło się zupełnie plażowo... słońce, flauta, gładkie morze i brakowało tylko łabędzi.
Jedynym niemiłym akcentem był warkot silnika...
Z obawy przed tym, że zabraknie nam paliwa, musieliśmy przed końcem rejsu zatrzymać się jeszcze w jakimś chorwackim porcie, aby zatankować.
Wiązało się to z szeregiem formalności. Załoga czekała na jachcie, a ja, uzbrojony w dokumenty jachtu i pogodny uśmiech, ruszyłem na rozmowy z urzędnikami. Tutaj zostałem zaskoczony. W urzędzie kapitanatu portu zostałem przyjęty przez starszego gościa, którego spokojna twarz sugerowała pokaźne doświadczenie życiowe. Kiedy po kilku słowach rozmowy dowiedział się, że jesteśmy Polakami z języka angielskiego od razu przeszedł na chorwacki i zaproponował mi poczęstunek wysokokaloryczny (oczywiście „mocno bezalkoholowy”) o pochodzeniu winogronowym. Delektując się tym poczęstunkiem, stwierdziliśmy, że jest on dobry na serce... Nie wiem, czy był to mój wgląd żeglarza, który nie korzystał z prysznica od „kilku” dni, czy informacja o trasie naszego rejsu, czy też nasze słowiańskie pochodzenie, ale w oczach tego człowieka ujrzałem wiele przyjaźni i zrozumienia. Kiedy nadeszła ekipa policyjno-celnicza, kapitan portu wskazał na mnie i wypowiedział zdanie, które po polsku znaczyło tyle co: to swoi ludzie. Na szybko sporządzonym dokumencie przybito kilka pieczątek. Uściśnięto mnie i oficjalnie powitano w
Chorwacji. Odprawa została zakończona. Zatankowaliśmy paliwo i na troszkę większych obrotach obu silników pomknęliśmy, wśród wysp, w stronę naszego docelowego portu, a później busem do naszych bliskich w kraju, z którymi będziemy próbowali podzielić się wspomnieniami przeżytymi przez nas na morzu.
Tomasz Lipski
|